JA-TRADYCJONALISTKA

Kiedyś marzyłam o byciu Panią domu i mamą, utrzymywaną przez kochającego, idealnego Pana domu – męża. Dziś jestem spełniającą się zawodowo mamą i żoną, i nie wyobrażam sobie że mogłabym pełnić rolę wymyśloną lata temu. Jedyne marzenie pozostałe do spełnienia – zmienić proporcję czasu poświęcanego rodzinie i karierze na korzyść tej pierwszej. Mąż zajmuje się praniem, gotujemy po równo, podobnie jest z zakupami. Ja sprzątam łazienkę i pewne miejsca w kuchni, których mąż zdaje się nie uznawać jako wymagające regularnego czyszczenia (np. zlewozmywak). Jakoś tak sobie to poukładaliśmy, że nikt się nie zmusza ani nie czuje zmuszany do dbania o nasz wspólny kawałek podłogi. Jest jednak pewna tradycyjna rola kobieca, do której jestem przywiązana – rola strażniczki domowego ogniska. Ja tą rolę rozumiem jako zapewnienie ciepła emocjonalnego. Stworzenia takiej atmosfery, do której przyjemnie się wraca, za którą się tęskni, będąc z dala. To wymaga ode mnie m. in.:

  • czasu zarezerwowanego tylko dla rodziny. Nie koniecznie poświęconego na konkretne czynności. Czasu w którym jestem dostępna. W którym nie pędzę, nie zajmuję się 10 sprawami na raz. Czasu w którym całą sobą jestem w domu, dla nich.
  • radości – takiej wypływającej z wnętrza. Radości życia, spotkania, radości przebywania z bliskimi.

NARODZINY BESTII

Wydaje mi się, że problem większości partnerek polega na pomyleniu roli strażniczki domowego ogniska z rolą sprzątaczki, kucharki i praczki. Dbają o dom, serwują eko-wypieki, prasują skarpetki, czyszczą co tydzień kontakty i żyrandole. I wszystko jest w porządku, dopóki kobieta robi to z chęcią i radością. Gorzej jak robi to doprowadzając się na szczyty frustracji a potem odgrywa się na wszystkich domownikach. I zamiast strzec domowe ognisko zamienia się w bestię. Z roześmianej, interesującej partnerki i ciepłej mamy zmienia się we wkurzoną, sfrustrowaną życiem postać, która o wszystko się czepia. Znacie te  metamorfozy? Mnie zdarzyło się przynajmniej kilka razy tak zapędzić. I tylko trzeźwiące warknięcie męża “to nie rób tego jak nie masz siły i ochoty” uświadomiło mi, że nie tędy droga. Ile kobiet skazuje się na te przemiany bo myśli, że nie ma wyjścia? A wyjście jest zawsze i to nie jedno. Można kogoś zatrudnić – żeby choć raz na miesiąc zrobił grubsze porządki. A na co dzień ograniczyć się do minimum. Można oficjalnie podzielić się obowiązkami z partnerem, zaplanować pracę – tak aby wszystko było jasne, na papierze. Można – najtańszym sposobem (finansowo i emocjonalnie) – olać temat i trzymać syf w domu. Można. To nawet dobre ćwiczenie panowania nad sobą – dla kobiet pochodzących z domów w których sprzątanie było na bardzo wysokiej pozycji w hierarchii wartości.
Nie chcę wskazywać palcem skąd przyszły te szkodliwe pomysł, aby kochać innych bardziej niż siebie, dzieci, męża i dom szanować bardziej niż własne siły, własny organizm, własny komfort psychiczny. Skąd poświęcanie się, o które nikt nie prosił i nikt go specjalnie nie doceni. Nie ma sensu szukać winnych. Po prostu chcę Wam wskazać, że warto czasem przewartościować sens pewnych tradycji.  

POSKROMIENIE ZŁOŚNICY

Wielu facetów jest niezadowolonych z postaw partnerek, które są tak zmęczone, że nie zwracają na nich uwagi. A jak już zwracają to tak, że lepiej żeby nie zwracały. Jednym słowem dopada ich przysłowiowa rzeczywistość: ona liczyła na to, że on się po ślubie zmieni a on liczył, że ona się nie zmieni. I każde się rozczarowało. Na taką sytuację domową możecie Panowie zareagować na dwa sposoby: zacząć unikać partnerek, oddalać się od nich – jak czytałam u Kasi Troszczyńskiej i Ewy Raczyńskiej z Mama.du wielu z Was tak robi. Wiele zastosowań takich “rozwiązań” obserwuję na co dzień, szczególnie u starszych pokoleń. Ale można zrobić coś bardziej męskiego, skutecznego – zapewnić sobie dobrą atmosferę w domu. W każdej relacji to będzie coś innego. Ale w większości przypadków podziała bukiet bez okazji, wykonanie kilku prac porządkowych. Pokazanie, że Wam również zależy na tym, żeby wspólne miejsce zamieszkania było fajne. Niech Was poniesie wyobraźnia!

 JAK JA I B. DBAMY O DOMOWY MIR

Niedawno osoba z 20-letnim stażem związkowym powiedziała mi, że do tej pory nie zwierzała się nikomu ze swoich małżeńskich perypetii bo uznawała to za brak lojalności wobec męża. Jak przetrwała te 20 lat, dusząc wszystko w sobie – sama nie wie. Ja chętnie korzystam korzystam z doświadczeń innych (co nie znaczy, że przyjmuję wszystkie rady jak leci). Dzielę sie też swoim doświadczeniem – może komuś się przyda. Takie są moje wypracowane zasady dobrej relacji:

  • szanuję przestrzeń partnera. Jak się wkurzy (obojętnie czy czuję się winna czy nie) – daję mu czas na emocje – nie narzucam się z pocieszaniem. Nie pytam jak się czuje (przecież widać). Jak mu przejdzie i będzie chciał o tym pogadać – to pogadamy. Jak nie – to nie. To jego stan emocjonalny i nie chcę tracić czasu i energii na przeżywanie go, jeśli nie prosi mnie o wsparcie.
  • szanuję własną przestrzeń, szczególnie tą emocjonalną. Już na początku związku poinformowałam B., że mam tak, że czasem muszę sobie popłakać. Żeby mnie nie pocieszał, nie czuł się winny ani nie złościł się na swoją bezradność. Jednym słowem – żeby zostawił mnie w spokoju. Dla mnie takie płakanie to przede wszystkim czynność fizjologiczna – nagromadzą mi się jakieś napięcia, muszę je rozładować. Po prostu spuszczam ciśnienie z układu nerwowego.
  • nigdy nie dziękuję za wykonane prace domowe. Owszem, komentuję, że są super zrobione (chwalić i podziwiać mężczyzn w końcu trzeba), ale nie dziękuję za nie. Prace domowe to nie jest przysługa dla mnie, nie mnie jedynie powinno zależeć na ich wykonaniu. To wspólny dom, za który wspólnie jesteśmy odpowiedzialni, a nie moje hobby.
  • niczego nie biorę za oczywiste czy należne. Warto o tym pamiętać i patrzeć przez ten pryzmat nie tylko na partnera i związek ale na wszystko co dobre w życiu mamy.
  • jak najprędzej wybaczam. Jemu. Ale przede wszystkim sobie. Co się stało to się nie odstanie. Trzeba wciągnąć lekcję i iść dalej. Szkoda życia na rozpaczanie.
  • uzbrajam się w super-cierpliwość podając B. informacje. Prawdopodobieństwo że nie przyswoi przekazu “jutro po pracy spotykam się z koleżanką i wrócę później” za pierwszym razem wynosi 99%. Tak już ma. Nie ma co się złościć. Trzeba powtarzać do skutku i sprawdzać czy dotarło.
  • szykuję mu kanapki. Kanapki to zupełnie inna kategoria posiłku, to znacznie więcej niż posiłek. To jak pocałunek ukochanej dla wyruszającego w bój. Zwłaszcza jak ta ukochana nie szykuje obiadu – kanapki liczą się tym bardziej. Sprawiają, że B. myśli o mnie jedząc swój lunch.
  • nie zadaję pytań, na które nie chcę usłyszeć szczerej odpowiedzi. No chyba że jest to pytanie czy jestem gruba – B. jest tak wyszkolony, że w nocy o północy bezbłędnie recytuje prawidłową odpowiedź – że jestem idealna:) Co do zasady nie podejmuję tematów moich wad: czy za dużo gadam, czy mam b. zły celullit, czy rzuca się w oczy moja zmarszczka na środku czoła. B. jak i większość facetów nie będzie na to zwracał uwagi ani zauważał – dopóki mu się nie pomoże. Nie warto skupiać się na swoich niedoskonałościach, a tym bardziej skupiać na nich uwagi swojego faceta.
  • jak już zadaje takie pytania – nastawiam się na to, że mąż może nie lubić mojej koleżanki, o którą pytam, piosenki którą chciałam się z nim podzielić czy filmu którym się zachwycam i ma do tego prawo. Zawsze mnie to lekko denerwuje, ale to akurat zachowuję dla siebie.
  • sarkazm ratuje małżeństwa. B. jest mistrzem w zwracaniu mi uwagi w lekko humorystyczny sposób. Zawsze tak lepiej przełknąć. Zupełnie inaczej słucha się: “strasznie przesoliłaś i jeszcze rozsypałaś sól na blacie” niż: “Ooo! Widzę że moja żoneczka bogaczem została. Sól rozdaje na prawo i lewo. I do zupy więcej dosypie – na bogato.”

Tak na koniec dodam, że to wszystko ma sens jak jest między dwojgiem ludzi dużo miłości i woli bycia razem. Jak mawia mój mąż – żeby związek był udany dwie osoby muszą się nieustannie starać. To co się dostaje za cenę wysiłku – jest tego warte.

Dziewczyny, chłopaki to od Was zależy stan waszego pożycia i to jak wpływa ono na Wasze własne samopoczucie. Znacznie łatwiej i przyjemniej jest gościć w domu Hestię niż bestię. Ja wybieram ułatwianie sobie życia. Życzę i Wam dobrych wyborów.